O tym, dlaczego pokochanie siebie wcale nie musi być pierwszym krokiem.
Mam wrażenie, że od pewnego momentu życia jesteśmy nieustannie czymś do poprawienia. Za mało pewna siebie. Za mało zorganizowana. Za gruba. Za mało produktywna. Za bardzo emocjonalna. Za mało zdyscyplinowana. Za dużo odkładam, za mało robię. I oczywiście istnieje na to rozwiązanie: kolejny planer, kolejna książka, kolejny kurs i magiczne „od poniedziałku zaczynam”. 😉
Tylko że możemy spędzić pół życia na próbie stworzenia „lepszej wersji siebie”, zamiast zatrzymać się na chwilę i zapytać, dlaczego właściwie tak bardzo chcemy się zmienić.
Bo może wcale nie jesteś leniwa. Może jesteś zmęczona. Może nie jesteś niezdecydowana, tylko boisz się podjąć kolejną złą decyzję. Może nie brakuje Ci dyscypliny, tylko zadanie jest tak ogromne, że Twój mózg kompletnie nie wie, od czego zacząć.
A może rzeczywiście jest coś, co chcesz zmienić. Tylko czy naprawdę musisz najpierw siebie za to ukarać?
„Co ze mną jest nie tak?” to nie jest najlepsze pytanie
Bardzo łatwo wpaść w ten sposób myślenia. „Co ze mną nie tak? Dlaczego inni potrafią, a ja nie? Dlaczego znowu to zrobiłam?”. Tylko że takie pytania niewiele nam wyjaśniają. Za to świetnie pomagają poczuć się jak kompletny przypadek beznadziejny. 😉
Spróbuj zamiast tego zapytać: „Co się ze mną dzieje?”
Nagle pojawia się ciekawość zamiast osądu. Możesz sprawdzić, skąd bierze się Twoje zachowanie, czego potrzebujesz i co właściwie próbujesz sobie w ten sposób powiedzieć. A dopiero potem zdecydować, czy rzeczywiście chcesz coś zmienić.
To właśnie jest dla mnie różnica między akceptacją a rezygnacją z siebie.
Akceptacja nie oznacza: „Taka już jestem i niczego nie zmienię”. Oznacza raczej: „Widzę, jak jest. Nie będę udawać, że jest inaczej. A teraz mogę zdecydować, co chcę z tym zrobić”.
Możesz zaakceptować swoje ciało i jednocześnie chcieć o nie lepiej zadbać. Możesz zaakceptować swoje ADHD i jednocześnie szukać sposobów, które ułatwią Ci życie. Możesz zaakceptować swoje błędy i wyciągać z nich wnioski.
Podstawą każdej zmiany jest akceptacja.
To zdanie powtarzam często, bo naprawdę w nie wierzę.
I właśnie dlatego self-love nie zaczyna się dla mnie od patrzenia w lustro i przekonywania siebie, że jestem cudowna. Czasami zaczyna się dużo prościej: od tego, że przestajesz być dla siebie wredna.
Możesz coś zawalić i nie urządzać sobie wewnętrznego procesu sądowego. Możesz powiedzieć „nie” bez poczucia winy. Możesz odpocząć bez uznawania tego za osobistą porażkę. Możesz pomyśleć: „Nie podoba mi się to, co zrobiłam, ale nadal jestem po swojej stronie”.
I właśnie wtedy zaczyna się coś naprawdę ciekawego.
Kiedy przestajesz ze sobą walczyć, pojawia się przestrzeń na zmianę. Nie dlatego, że nagle stajesz się idealna, tylko dlatego, że nie musisz już zużywać całej energii na przekonywanie siebie, że jesteś wystarczająco dobra. Możesz ją przeznaczyć na życie, decyzje, relacje i rzeczy, które naprawdę chcesz zrobić.
Dlatego coraz mniej podoba mi się hasło „pokochaj siebie”. Nie dlatego, że nie wierzę w self-love. Wręcz przeciwnie. Tylko że dla wielu osób brzmi ono jak kolejny punkt na liście rzeczy do zrobienia.
Może więc zamiast od razu próbować siebie pokochać, zacznij od czegoś prostszego: poznaj siebie. Zrozum siebie. Zaakceptuj siebie.
A potem zobacz, dokąd Cię to zaprowadzi.
Bo być może najlepszą rzeczą, jaką możesz zrobić dla siebie, nie jest stworzenie nowej, ulepszonej wersji siebie.
Tylko wreszcie przestać traktować tę obecną jak projekt do naprawy. 💜